wtorek, 26 maja 2015

(437 km za mną) Dieta instagramowa

Długo opierałam się Instagramowi, nie wiedziałam o co chodzi w tej fascynacji portalem, w którym można tylko dodawać zdjęcia, a funkcja społecznościowa jest na drugim planie. Wydaławo mi się, że chodzi głownie o lansowanie się, robienie sobie selfie w każdym możliwym nowym "outficie", "looku dnia" i pokazywanie, co się zjadło, w jakiej knajpie.

Nieśmiało zaczęłam zaglądać na Insta dzięki Tips for the Women, na którym to blogu zamieszczane są często metamorfozy lasek z całego świata, z instagramowymi dokumentacjami fotograficznymi tych przemian.

I to mi się spodobało. Założyłam swój profil (https://instagram.com/zwyczajnie_aga/ - zapraszam) i śledzę też profile wielu dziewczyn, które prowadzą zdrowy styl życia, odchudzają się, biegają.

A co z tymi fotkami jedzenia? Nadal śmieszy mnie, jak ktoś w knajpie wyciąga komórkę, by zrobić zdjęcia swojego talerza i zamieścić te fotkę na Instagramie, a przy okazji pochwalić się, w jakiej jada restauracji.

Ale fakt zamieszczania zdjęć zdrowych, samodzielnie przygotowanych posiłków jest dla mnie jak najbardziej pozytywny: nie tylko motywuje inne osoby do przygotowania sobie czegoś podobnego (sama często tak mam!), to jeszcze powoduje, że bardziej niż zwykle chce się nam stworzyć ładny, kolorowy, estetycznie podany talerz, bo wiemy, że nasi "followersi" oczekują, iż pokażemy, co zjadłyśmy na śniadanie:) Przynajmniej ja tak mam - jak wiem, że chce wrzucić fotę śniadania na Insta, to bardziej pracuje nad estetyką przygotowania posiłku. Nie ukrywam, że również dzięki portalowi zaraziłam się szałem na zielone koktajle, kaszę jaglaną, czy puddingi chia.

Traktuję to oczywiście z przymrużeniem oka, ale przyznaję, że wciągnęłam się i chętnie bywam na Insta.

A czy Wy macie swoje profile na Instagramie? Podawajcie proszę w komentarzach adresy, chętnie dodam do obserwowanych.

A to kilka moich fotek z Insta:

Jaglanka z miodem i owocami.
 
Twarożek domowy z ogórkiem.
 
Jogurt naturalny, truskawki, stewia, płatki amarantusowe.
Green smoothie (sałata, kiwi, banan i jabłko)

 


czwartek, 14 maja 2015

(399 km za mną) Bieg Europejski w Gdyni-zaliczony!

Udało się! W ubiegłą sobotę zaliczyłam Bieg Europejski na 10 km w Gdyni - mój pierwszy oficjalny bieg uliczny z medalem:)

Wiem, że to nie maraton i że ludzie robią trudniejsze rzeczy (i się tym nie chwalą), ale dla mnie udział w tym biegu (i ukończenie to z czasem 61 minut) jest dowodem na to, że moja praca nad sobą daje efekty - już nie sądzę, że WSZYSTKIE LASKI NA ŚWIECIE, A W SZCZEGÓLNOŚCI TE, KTÓRE BIORĄ UDZIAŁ W BIEGACH są ode mnie :
- młodsze
- szczuplejsze
- szybsze
- bardziej zdeterminowane

To po prostu nieprawda! Wyobraźcie sobie, że po mnie na metę przebiegło prawie 900 osób!!!! Jestem niezła i tak muszę o sobie myśleć - zwłaszcza,  że w moim życiu szykuje się rewolucja (a przynajmniej wielkie trudności...) i muszę być silną jak diabli!!!!

P.S. Poważnie rozważam zrobienie sobie z tego medalu breloczka - żeby był zawsze ze mną i przypominał mi, że jestem wojowniczką :)

czwartek, 7 maja 2015

(347 km za mną) Prolavia, czyli kisiel, który dał mi kopa (i dwa i pół kilo mniej)

Strasznie dawno nie pisałam, złożyło się na to kilka czynników. Trochę odpuściłam dietę, jakoś przestało mi się chcieć... Stresy, dom, praca...

I wtedy dostałm propozycje od firmy produkującej kisiel dietetyczny Prolavia, aby przetestowac ten produkt. Moja reakcja była ostrożno-entuzjastyczna - ostrożna dlatego, że za duża urosłam, by wierzyć w "magiczne" specyfiki, a entuzjastyczna, bo połączenie wyrazów: "kisiel" i "odchudzający" oraz 2,5 kalorii brzmiało baaardzo zachęcająco:)

Co to jest Prolavia?
Jest to proszek w saszetkach, z którego po dodaniu wody (100 ml) powstaje kisiel. Jedna porcja ma 2,5 kalorii i powinna być spożywana 3 razy dziennie na 30 minut przed głównymi posiłkami. Kisiel można wypić od razu jako napój, lub po zgęstnieniu jako kisiel właśnie. Każdą porcję należy popić 1 lub dwiema szklankami wody.

Co zawiera Prolavia? Po szczegółowe informacje odsyłam na stronę www.prolavia.pl, wspomnę tylko, że jest to połączenie żywych kultur bakterii z glukomannanem (błonnikiem wyizolowanym z korzenia rośliny konjac) oraz kompleksem witamin i składników mineralnych. Jego formuła opracowana jest wspólnie z dietetykami i użytkownikami Vitalii. (Fajne jest to, że w pakiecie otrzymuje się również kod, dzięki któremu mamy bezpłatną 7-dniowa dietę na Vitalii.)

Co obiecuje producent?

Otóż w połączeniu ze zdrową dietą żye kultury bakterii, czyli Lactobacillus Rhamnosus ATCC 53103:
  • pomaga przywrócić prawidłową florę jelitową
  • pomaga poprawić metabolizm węglowodanów
  • pomaga regulować procesy energetyczne organizmu
  • przyczynia się do zmniejszania wchłaniania tłuszczów
  • wspomaga zmniejszenie poziomu biomarkerów związanych z nadwagą
Zalety stosowania glukomannanu:
  • zwiększa lepkość treści pokarmowej, wypełniając jelita i pobudzając pracę całego układu pokarmowego
  • nie zaburza wchłaniania oraz nie powoduje niedoboru składników odżywczych, takich jak wapń, żelazo, miedź, magnez, czy fosfor
  • nie powoduje powstawania wzdęć, bólów brzucha, gazów czy uczucia przelewania w brzuchu
Moje odczucia, uwagi i  - oczywiście - działanie specyfiku, czyli co tam na wadze) :

Kisiel testowałam dwa tygodnie. Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre: kisiel jest smaczny, bardzo słodki i  ma fajną konsystencję. Po kilku dniach niestety jego smak trochę powszednieje (szkoda, że jest tylko jeden), a konsystencja kisielu zaczyna trochę wkurzać (jednak nie jestem taką fanką kisielu, jak myślałam), na szczęście można go pić jako napój, więc nie miałam z tym problemu. Producent zaleca popijanie jedną lub dwoma szklankami wody - żeby dać szansę temu specyfikowi piłam dwie. Dawno nie piłam tyle wody w ciągu dnia - do samej prolavii wychodziło 6 szklanek! :)

Test Prolavii zaczęłam z wagą ... ponad 65 kg :( Święta, stresy itd... Po dwóch tygodniach:

Zrzuciłam prawie 2,5 kilo!!! Wiadomo, że bez rozsądnej diety i odrobiny ruchu pewnie efekt nie byłby tak zadowalający, ale dzięki temu kisielowi po pierwsze:
  • straciłam ochotę na słodycze (Prolavia jest NAPRAWDĘ słodka)
  • zmniejszył mi się apetyt (błonnik + te 6 szklanek wody porządnie wypełniały mi żołądek)
  • miałam więcej energii i chęci do ruchu, do tego, by znów o siebie zadbać :) 

Podsumowując - Prolavia dała mi KOPA, by znowu powalczyć o siebie, na ostro wrócić do biegania zdrowo jeść. Jestem lżejsza o 2 i pół kilo i dobrze mi z tym :)

piątek, 10 kwietnia 2015

(286 km za mną) Zaczynam test Prolavii:)

Ha! Mój pierwszy produkt do testowania - kisiel dietetyczny Prolavia właśnie przyszedł:)

Jutro zaczynam 2 tygodniowy test! Najpierw się zważę , a potem - kisielu: do dzieła!:)

sobota, 28 marca 2015

(241 km za mną) 21 dni bez cukru!

Mija 3 tygodnie bez cukru:)
Obiecałam sobie, że do świąt nie będę  jadła  nic słodkiego, a po świętach tylko słodycze zrobione w domu. Jak mam wielką ochotę na słodkie, to dodaję stewię- nie ma na szczęście  tego chemicznego posmaku, jak słodzik "nienaturalne".
Wczoraj dostałam okres I mało się nie ugięłam i nie otworzyłam ciastek, ktòre miałam w szafce (na zasadzie: E tam to tylko 3 zmarnowane tygodnie wyrzeczenia, ale przecież  jestem bardzo biedna, bo mam okres!) , ale wzięłam  się w garstki i po prostu poszłam spać. O 21.00 :))))))

sobota, 21 marca 2015

(203 km za mną) Jakoś idzie:)

Nie jest źle - 2 stówki za mną,  z czego w marcu przebiegłam już 40 km :)

Ruchu jak widać jest trochę aczkolwiek do wymarzonych 5 treningów tygodniowo trochę mi brakuje... Wczoraj zaliczyłam 8 km i jestem z tego strasznie zadowolona. Zauważyłam, że odpowiednia muzyka nieźle odwraca moją uwagę od zmęczenia więc teraz zgrywam takie energiczne kawałki - macie jakieś swoje ulubione kawałki do biegania?


A to mój dzisiejszy poranek: na kompie, przy śniadanku (płatki gryczane, jogurt naturalny, maliny i migdały) w zapachu róż:) (uwielbiam płatki gryczane ze Szczytna - u mnie ich nie ma, dlatego jak jadę do babci na Mazowsze zawsze kupuję co najmniej 5-6 paczek)

Miłego, ruchliwego dnia dla Was! :)

PS. Mam problem z tym nowym ślicznym szablonem - polskie czcionki źle się wyświetlają:((( Czy ktoś wie, co można z tym zrobić?!?! Please help!

wtorek, 10 marca 2015

(190 km za mną) Pierwsze bieganie:)

Sezon biegowy rozpoczęty! Wczoraj niespodziewanie moja Aga wyciągnęła mnie na bieganie - nie przemęczałyśmy się na pierwszy raz, stwierdziłyśmy, że 4 km wystarczą.


Podekscytowałam się na maksa, od razu znalazłam bieg, na który musimy się zapisać - żeby motywacja nie spadła! 9 maja w Gdyni jest bieg na 10 km - MUSZĘ wziąć w nim udział:) Aga na razie jest ostrożna, ale ją namówię. A jak nie - biegnę sama. A co!

Taka jestem gorąca głowa, łatwo się zapalam, a potem mam trudności z utrzymaniem tego ognia... ale tym razem dam radę, WIOSNA IDZIE PRZECIEŻ! :)

poniedziałek, 9 marca 2015

(186 km za mną) Cukrze - I really hate you!

Jednym z największych minusów pracy w dużym, zgranym i sympatycznym zespole jest to, że cały czas jest coś do świętowania. Urodziny, imieniny, rozpoczęcie pracy, pożegnanie, rocznica podjęci pracy - wszystko jest okazją do tego, by przynieść dla współpracowników ciasto.



Bardzo jest to fajne, integruje i powoduje, że zawsze jest kupa śmiechu, ściskania się i pozytywnej energii. Co z tego, skoro to mi po prostu nie służy... Nie mogę się oprzeć tym słodkościom, jak ktoś mi talerzyk pod nos podstawia... Ja wiem, że to wymówki, ale prawd jest, że po kilku dniach jedzenia ciast, ochota na słodkie przychodzi sama i nie tylko ja pojawiam się rano w pracowej kuchni z pytaniem:

" To kto dziś przynosi ciasto?:)"
 
Sytuacja jest o tyle dramatyczna, że wczoraj waga pokazała...:
 
 
A już miałam nieco ponad 61 kg w tym roku, a teraz cel (58-59 kilo) cały czas niebezpiecznie daleko:( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( Waga to jedno, jeszcze gorsze jest to, że cały czas po tych pysznościach jestem objedzona, wzdęta, śpiąca, bez energii, pełna wyrzutów sumienia i z fatalną cerą...
 
To się musi skończyć.
 
Mam nadzieję, że pomoże mi w tym wczorajszy, inspirujący dzień. Byłam z koleżanką na Festiwalu Zatoka Kobiet w Sopockiej Zatoce Sztuki. Było to - jak pisali organizatorzy -  jedno z najważniej­szych wy­da­rzeń de­dy­ko­wa­nych Pa­niom w Pol­sce. Or­ga­ni­za­to­ra­mi spo­tka­nia była Fun­da­cja MCKA, Za­to­ka Sztu­ki oraz dy­rek­tor ar­ty­stycz­ny - Agata Młynar­ska, re­dak­tor na­czel­na "Skar­bu". Gośćmi festiwalu były niezwykłe, silne kobiety, które swoimi działaniami udowadniają, że w kobietach jest wielka siła, musimy tylko chcieć ją odnaleźć i realizować się.
 
 
To co mnie zainspirowało najbardziej to  warsztaty na temat zdrowego żywienia, które poprowadził Janusz Arrasz - specjalista do spraw żywności ekologicznej i wegetariańskiej, popularyzator tematyki profilaktyki zdrowotnej, organizator imprez promujących zdrowy styl życia, autor programów radiowych o tematyce bio i wege żywności.
 
Dowiedziałam się mnóstwo ciekawych rzeczy no i co najważniejsze - na maksa się zainspirowałam i od razu po warsztatach poleciałam do Piotra i Pawła po czerwony ryż, kaszę jaglaną i olej kokosowy (którego w sumie nie kupiłam, bo powstrzymała mnie jego dziwna konsystencja i wygląd mydła, ale chyba jednak dziś przemogę się , wrócę i kupię..;)

czwartek, 26 lutego 2015

(150 km za mną) A jak tam TWOJE postanowienia?

Bo moje nie najgorzej:)

W ruchu zaliczyłam 150 km, co jest jednocześnie powodem do zadowolenia, ale też nie do końca, bo aby zrealizować cel 1000 km w roku muszę miesięcznie zaliczyć ponad 80 km, co oznacza, że do jutra brakuje mi 10 km... Dam radę? :)


Dziś zamawiam "butki" do moich kijków, zdarłam je tak, że stukam metalem o chodnik, a tego nie znoszę. Musiałam poczekać na pensję - takie butki to aż 50 zł, cholera, ale warto!

Co jeszcze? Nauczyłam się robić sushi! Było pysznie  - nawet dwuletni Dżemik się zajadał:


Z dietą raz lepiej, raz gorzej  - teraz akurat jestem na fali wznoszącej - mam motywację i staram się korzystać z przepisów, które kiedyś dostałam od dietetyczki.

Miałam dbać o relacje i w ramach tego postanowienia zrobiłam już 2 udane imprezy dla starych znajomych, byłam na dwóch imprezach z ludźmi z pracy i kilka razy spotkałam się z koleżankami, które uważały, że już o nich zapomniałam...;)

Po pół roku zamierzam odnieść się szczegółowo do każdego z postanowień - na razie tylko raportuję, że działam i nie zapomniałam o postanowieniach:)

A Wy?

poniedziałek, 23 lutego 2015

(140 km za mną) Wychodzę z impasu

Miałam kiepski okres w pracy - zostałam delegowana na 3 miesiące do innego działu. Bardzo to przeżyłam, bo mimo że moja praca jest cholernie stresująca, to bardzo lubię to co robię.

Teraz, w nowym dziale, zajmuję się pracą stricte administracyjną (faktury, raporty, sprawozdania) - ani się na tym nie znam, ani tego nie lubię.

Niemniej jednak okazało się, że stresów na moim nowym miejscu pracy nie mam, a ludzie w zespole są niewiarygodnie fantastyczni - podobnie jak szefowa (co za odmiana!).

Nie wiem, co lepsze - robić to co się lubi w stresie i nerwach i przy niezliczonej liczbie nadgodzin, czy robić to co cię kompletnie nie interesuje i nudzi, ale  w fajnej atmosferze, śmiechu i przy wychodzeniu z pracy po (zaledwie!) 8 godzinach?

Sporo ludzi mówi mi, że pewnie zostanę w tym nowym dziale...
Mam jeszcze 3 miesiące, żeby się nad tym zastanowić.

W związku z tym, że nareszcie wracam do domu o normalnych porach postanowiłam wziąć z pracy kartę Benefit:) Koszt u nas jest spory - 130 zł, tym bardziej będę musiała z niej korzystać :

niedziela, 25 stycznia 2015

(93 km za mną) Niedzielny nordic po plaży

To mógł być bardzo nieudany dzień. Obudziłam się bez planu, z poczuciem niezadowolenia i intuicyjnym przeświadczeniem, że niedziela będzie zmarnowana i do kitu.

O ile sobotę lubię leniwą, to jak niedziela jest taka sama, to wydaje mi się, że cholera - zmarnowałam weekend!  Miałam ochotę pojechać na plażę na nordic, ale nikogo nie mogłam wyciągnąć - tak to jest, jak wszystkie koleżanki mają mężów i dzieci... Chociaż ja pewnie tez tak spontanicznie nie mogłabym zmienić swoich niedzielnych planów (gdybym je miała).... Pogoda był średnia, samej nie chciało mi się jechać, ale doszłam do wniosku, że jak nie ruszę dupy z kanapy, to wpadnę w otchłań niedzielnej chandry... Wsiadłam w samochód i po 20 minutach byłam nad morzem. Zrobiłam z kijkami ponad 9 km i było cudownie:)


Mała fotorelacja:






Tym samym w styczniu zaliczyłam już ponad 90 km! :)



A po spacerku - rozgrzewająca herbatka :)

sobota, 24 stycznia 2015

(84 km za mną) Jest sobota - jest chill out :)

Mój straszy syn chce mieć chomika. Ponieważ jest strasznym bałaganiarzem , doszliśmy do wniosku z mężem, że musimy coś na tym wychowawczo ugrać i zaproponowaliśmy mu, że chomika dostanie, jak przez miesiąc będzie miał porządek w pokoju. Po 30 dniach sprzątania - chomik.

Odmówił, argumentując, że czuje się "wykorzystany" i nie będzie przez miesiąc "sprzątać jak idiota",  a w ogóle nie chce mu się miesiąc czekać na chomika. Ręce i nogi mi opadły - ciężko jest być matką 13-latka... Powiedziałam mu, co kiedyś przeczytałam:



No i zaczął się nad tym zastanawiać! A ja się zamyśliłam nad tym, czy ja sama tak nie postępuję...? Ale chyba jednak coraz rzadziej, w końcu to całe moje odchudzanie to tak długi proces, a ja jednak nie rezygnuję:)

Drugie fajne motto na dziś przeczytałam w poście Różowej Klary: http://www.rozowaklara.pl/2014/11/chciaas-rowerek-to-teraz-pedauj.html , czyli

CHCIAŁAŚ ROWEREK, TO TERAZ PEDAŁUJ.

Bądź konsekwentna, realizuj to, co zamierzyłaś, nikt nie przymusza Cię do swoich celów, planów, ale jak już się ich podjęłaś to działaj - tak to rozumiem i strasznie mi się to przesłanie podoba.:)

Dobry dzień dzisiaj - zaczęty 5,5 kilometrowym nordikiem, potem gorąca kąpiel, leniwe czytanie i sushi na obiad :)

Tak się zawsze staram zorganizować rodzinne sprzątanie, żeby sobota była wolna - pamiętam, że jak byłam dzieckiem to cholernie mnie irytowało, że mama sprząta pół soboty, nas też do tego zmusza, a drugie pół jest zmęczona i sfrustrowana. Dla mnie sobota to czas odpoczynku, miłego czasu z rodziną, bez spiny, bez ciśnienia, że podłogi muszą być wyfroterowane:)

Jest sobota, jest chill out:)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Jestem beznadziejnym przypadkiem...

2 tygodnie pilnowania się, kontroli, ćwiczeń,  motywacji, dobrego samopoczucia = - 1,5kg
6 dni braku kontroli nad jedzeniem, bezruchu, impreza, stres = + 3 kg :((((

Matko boska, weszłam dziś na wagę, a tu ... 64,2 kg :( Dałam w palnik, nie ma co...

Jestem tak wkurzona na swoje postępowanie, że masakra. Jeśli czyta to ktoś poniżej trzydziestki, to błagam, niech to weźmie do siebie: METABOLIZM KOBIETY PRZED 40-TKĄ JEST DO BANII!

Gdzie te czasy, kiedy chudłam 3 kg w tydzień, ograniczając słodycze ! Kuźwa, jestem w depresji... Cholerny Blue Monday...

Wiem, że pewnie część z tego to woda, ale ile jej może być...? Pół kilo?! I nie, niestety nie jestem przed okresem:( Jestem po prostu gruba...

Te dwa tygodnie uśpiły moją czujność, tak mi dobrze szło, że miałam poczucie, że jak coś tam zjem nie do końca odpowiedniego, to przecież nic się nie stanie, mogę na chwilę przestać się kontrolować... Nic bardziej mylnego.

Teraz znowu biorę się w garstki i ponownie jestem czujna jak ważka - no nie mam wyjścia! 3kg to w końcu nie 30, prawda?

piątek, 9 stycznia 2015

(60 km za mną) Zasłużyłam na tego pączka!

Jest taka tradycja w mojej rodzinie, że w karnawale (niekoniecznie w Tłusty Czwartek) moja mam robi pączki. Są wspaniałe - świeżutkie, niezbyt duże, koniecznie z różą. Wczoraj właśnie wypadł ten wielki dzień i po południu mój mąż przywiózł paczkę 15 pachnących, kuszących słodkości.

Chciałam nawet zrobić zdjęcie tego stosiku, ale się nie dało: moi panowie rzucili się na nie na "Hurra". Ja przechwyciłam jednego i zapakowałam sobie na jutro. Postanowiłam w tym roku jeść słodycze w bez wyrzutów sumienia, ale w bardzo rozsądnych ilościach i przede wszystkim zrobione w domu, więc ten pączek jak najbardziej spełnia te kryteria :)

Wieczorkiem wsiadłam na rowerek, jeździłam godzinę i dziś mam zamiar zjeść pączusia na śniadanie (wiem, wiem - niezbyt zdrowe, ale zasłużone;).



AKTUALIZACJA: był boski!!!! :)

czwartek, 8 stycznia 2015

(38 km za mną) Pierwszy gorszy dzień

Wczoraj zaliczyłam pierwsze załamanie mojego noworocznego "helfilajfslajlowego" planu. Wieczorem, około 19.00 byłam już tak zmęczona całym dniem, a ponieważ nie mogłam nikomu w tym momencie powierzyć Dżemika pod opiekę, zaczęłam podjadać.

Tak mam niestety - jedzenie jest u mnie czasem reakcją na wyczerpanie fizyczne, wtedy gdy po prostu nie mogę się położyć i odpocząć - jem...

Miałam kiedyś problem kompulsywnego objadania się w reakcji na stres. Napady nie pojawiały się bardzo często (np. kilka razy w tygodniu), jednak na tyle często, że musiałam coś z tym zrobić, jakoś to przepracować.


Teraz, po kilku latach, mogę powiedzieć, że problem jest mocno zniwelowany :) Chodzi o to, że w zasadzie do 30-tki, jak miałam duży stres to zupełnie bezwiednie rzucałam się na lodówkę i szafki z jedzeniem. Najgorsze było to, że po pierwsze opanować się mogłam dopiero wtedy, gdy nie mogłam już oddychać z przejedzenia i bólu brzucha, a po drugie taki atak definitywnie kończył każdą moją dietę oraz powodował kolejne wyrzuty sumienia i kolejne porcje jedzenia: "BO PRZECIEŻ I TAK JESTEM BEZNADZIEJNĄ GRUBA ŚWINIĄ I NIC MI NIE POMOŻE, WIĘC CHCIAŻ SOBIE ZJEM". Poradzenie sobie z tym kłopotem zajęło mi to kilka lat i nie było to proste... Kompulsywne jedzenie to w końcu bardziej problem psychiczny niż dietetyczny, ale mogę powiedzieć, że mam to teraz pod kontrolą.

Obecnie, kiedy czuję, że dopada mnie stres (lub zmęczenie), najpierw jak najdłużej opieram się przed zjedzeniem czegokolwiek, żeby zrobić to JAK NAJBARDZIEJ świadomie, a potem staram się (nawet po zjedzeniu zbyt dużej ilości) powiedzieć sobie stop i co więcej - nie przerywać diety po takim wyskoku. Trudno stało się. ALE NIE JESTEM BEZNADZIEJNA - JESTEM SILNA, ŚLICZNA I MĄDRA. I to, że wczoraj pochłonęłam 800 kalorii za dużo w postaci kilku plastrów żółtego sera z szynką i majonezem oraz kilkunastu cukierków, nie oznacza, że:

1) będę się tym zadręczać
2) zjem jeszcze więcej
3) przerwę dietę.

Dziś znowu staję do walki, pełna optymizmu. To będzie dobry dzień, pełen uśmiechu, dobrych wyborów, ciekawych rozmów i pozytywnych emocji - czego sobie i Wam życzę :)

środa, 7 stycznia 2015

(38 km za mną) Zupa z trupa, czyli w poszukiwaniu idealnego przepisu

Jak byłam mała i pytałam mamy, jaka dziś zupa, słyszałam zawsze od brata "ZUPA Z TRUPA!":)

Przypomniało mi się to bo znowu chodzi za mną zupa, ostatnio zrobiłam fasolową, teraz moja szefowa (z piekła rodem) opowiadała, że zrobiła wczoraj zupę z białych warzyw, ale obowiązkowo trzeba dodać oliwy, której nie mam :(

Macie jakiś dobry przepis, do którego nie trzeba dodawać takich ekstrawaganckich dodatków?
Może być na inną zupę, ale najlepiej prostą w przygotowaniu, a jednocześnie sycącą i konkretną:)

***

 
(A wczorajszy nordik jednak nie doszedł do skutku - zastąpiłam go wieczornym rowerkiem :)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

(22 km za mną) Jestem na fali

Czuję, że jestem w dobrym momencie.

Remont zakończony, mieszkanie doszło do ładu i spełnia nasze oczekiwania w stopniu tak wielkim, że nie tylko chętnie w nim przebywamy, ale również SPRZĄTAMY (a różnie bywało...;) oraz zapraszamy znajomych!


Przytulnie, prawda? :)



Tuż przed remontem mieliśmy już tak dość porysowanych i spękanych ścian, pobrudzonej i odrapanej przez kota kanapy i spaczonej podłogi (panele po kilku miesiącach od założenia okazały się wadliwe), że już nikogo nie zapraszaliśmy. Teraz zaplanowaliśmy już imprezkę na 5 par znajomych:) A wczoraj kupiliśmy nową lodówkę za kasę uzyskaną ze sprzedaży samochodu, który bezużytecznie stał pod domem półtora roku, teraz mamy już kłopot z głowy i tą nową lodóweczkę:)

Wstaję rano pełna energii, na co pewnie ma wpływ to, że od kilku dni liczę kalorie  myfitnesspal, czyli się nie obżeram i od razu lepiej śpię. Zgubiłam 70 dkg.

W pracy jak zwykle wielkie ciśnienie i kupa roboty, ale bardzo staram się nie siedzieć za długo - moja rodzina jest ważniejsza od pracy. Jeśli nie uda mi się zachować balansu między pracą a życiem osobistym - muszę ją zmienić.

Jak dziecko cieszy mnie planowanie posiłków, a codzienne sałatki na drugie śniadanie to genialny pomysł. Zwłaszcza z tym fajnym pojemnikiem, który bardzo polecam:

Sałata i mokre dodatki (typu feta) oraz sosik są osobno,  związku z czym nic się nie babrze i kilka godzin może postaw w biurowej lodówce nie nasiąkając sobą nawzajem. Z sistemy mam też pojemnik na zupę i też staram się brać ją w pojemniczku na pracowy obiad. Jedno jest pewne, jeśli nie wezmę do roboty trzech posiłków w pewnym momencie kupię coś w naszym barze, co będzie: za drogie, zbyt niedobre i będzie miało za dużo kalorii, żeby spełniało moje wymagania.

Wyzwaniem jest jeszcze dla mnie systematyczna kontrola postępów w nauce Starszego. Na półrocze miał ledwie 4.0, a przy jego możliwościach, to bardzo bardzo słabo - zwłaszcza, że to 6 klasa i zaraz gimnazjum...Pocieszam się, że ma jeszcze moment, żeby się ogarnąć. Póki co mam warżenie, że jak się uczy to nie dla siebie, czy dla tego cholernego gimnazjum, tylko po to, żebyśmy mu tak dupy nie truli.. A tak chciałam być nie trującą dupy matką...;)

Teraz muszę tylko obudzić W., żeby zajął się Dżemikiem i lecę na kijki. To słońce nie może tak długo świecić beze mnie! :)

niedziela, 4 stycznia 2015

(22 km za mną) Plotkarski nordik wieczorny

Nie, nie "płotkarski", nie skakałam przez płotki, to nie błąd;) Wczoraj udało mi się zaliczyć godzinny nordik z Agą  - moją imienniczką i siostrą w nieustannym odchudzaniu. Było super, jak zwykle, tylko muszę ją skłonić do szybszego chodzenia. W czasach, kiedy chodziłam z kijkami z poznaną na forum www.kafeteria.pl  N.( która okazała się moją sąsiadką, świat jest mały;) to miałam wrażenie, że biegnę, nie idę:)

Aga od po świętach jest na diecie przygotowanej przez dietetyczkę, bo od 1 kwietnia wraca do pracy po urlopie macierzyńskim i chce po prostu wyglądać lepiej. No i schudnąć 8 kg w dwa miesiące:)
Motywację więc ma, a ja chcę się pod nią trochę podczepić i skorzystać z jej energii i zaangażowania w temat, które normalnie u niej (zresztą podobnie jak u mnie) wygląda sinusoidalnie.
Teraz się zgrałyśmy nasza mobilizacja do walki "o lepsze jutro" naszych przydużych ciałek jest na fali wznoszącej. Ona schudła już półtora kg, ja  - od Sylwestra - 60 dkg. Nie jest to dużo (zgodnie z poniższym obrazkiem - tyle co łupież;), ale i tak się cieszę jak głupek!!!

sobota, 3 stycznia 2015

(17 km za mną) Jestem hardkorem!

W ramach mojego postanowienia "1000 km w 2015" postanowiłam w tytule każdego postu umieszczać informację, ile km - narastająco -  zaliczyłam już w tym roku. Mam nadzieje, że będzie mnie to mobilizować do ruchu, zwłaszcza, jeśli np. piąty z kolei wpis będzie zaczynał się od "33 km za mną" ;) Ale mam nadzieję, że tak źle nie będzie:)

Na dziś mam już 17 km, z czego pierwsze jedenaście przeszłam podczas noworocznego, kacowypędzającego spaceru  - było bosko! Sylwestra spędziliśmy we Władysławowie, więc szłam brzegiem morza i dało mi to porządnego kopa.

Dziś przeszłam z kijkami 6,5 z czego połowa odbyła się w mżawce, 2 km w zacinającym deszczu, a resztę w potwornej ulewie:)



Po powrocie rozgrzewająca herbatka z cynamonem, imbirem i pomarańczą + gorący prysznic i suche ubrania i już mi się micha cieszy!!!

piątek, 2 stycznia 2015

Kocham postanowienia noworoczne!

No bo jak tu ich nie kochać?! Znowu ktoś daje nam szansę, mamy poczucie, że tym razem to już na pewno, już na zawsze i na 100% uda się absolutnie wszystko? Dlaczego akurat w nowym roku? Dlaczego  w tym, skoro w zeszłym się nie udało? Bo tak!!!!!!!!! :):):)


Patrzę w szklaną kulę i opowiem Wam, jak  wygląda moje życie pod koniec 2015 roku:

Lubię swoje ciało, bo fajnie wygląda, a ja czuje się w nim młodo i zdrowo.

Jedzenie zdrowych rzeczy nie jest dla mnie udręką, a przyzwyczajeniem, a jedzenie niezdrowych nie jest wielką porażką powodująca poczucie winy i obrzydzenia dla siebie, tylko rzadkim, ale świadomym wyborem.

Mam dobre relacje z bliskimi - (miedzy innymi dlatego, że mamę wyciągam częściej do kina i na spacery, a do szwagierki dzwonię przynajmniej raz na 3 tygodnie)

Nie zdarzył mi się tydzień, w którym w ogóle się nie ruszałam:)

Zacieśniłam relacje ze znajomymi i przyjaciółmi.

W moim domu nie brakuje warzyw i owoców, a ja chętnie i nawykowo z nich korzystam.

Zrobiłam 1000 km  - w chodzie, w biegu, na rowerze, w marszu, raczkując - jakkolwiek, ale zrobiłam :)

Mam fajne zdjęcia w bikini i (!) nie są wyretuszowane! :) Zrobiłam je na rodzinnych wakacjach za granicą. (Mnóstwo zdjęć wakacyjnych udało nam się wywołać i są już w albumie)

Umiem robić sushi i jestem w tym całkiem dobra.

Rozmowa po angielsku nie sprawia mi wielkich kłopotów, w końcu cały rok ćwiczyłam;)

Byłam na kilku fajnych imprezach z mężem.

Mam rolki i umiem na nich jeździć!

Byliśmy z mężem na gokartach.

W pracy napisałam kilka niezłych artykułów do firmowej gazety. Projekty, które prowadziłąm zakończyły się z sukcesem i mogę je sobie wpisać do CV. Dostałam podwyżkę i jestem zadowolona, bo udaje mi się osiągnąć work-life balance.

Najmłodszy jest fanem teatru dla dzieci, ponieważ te kilka sztuk na których byliśmy, bardzo mu się spodobało. No dobra - tego nie zaplanuję. Może lepiej tak: Byłam z małym w teatrze dla dzieci przynajmniej 3 razy.

Sklepowe słodycze mogą dla mnie nie istnieć, jem prawie wyłącznie te, które robi moja teściowa (w rozsądnych ilościach!) oraz te, które upiekłam/przygotowałam sama.

Starszy trafił do dobrego gimnazjum, bo zrobiłam wszystko, by dobrze mu poszedł egzamin szóstoklasisty.

 I co najważniejsze:

MAM POCZUCIE, ŻE TO BYŁ DOBRY ROK!!!

(obiecuję sobie, że się z tych postanowień rozliczę za rok:)